W poszukiwaniu moich sensów - wywiad z prof. Marcelą Świątkowską

Termin: 05.07.2016 - 10.09.2016

Wywiad z prof. Marcelą Świątkowską, jest częścią wydanej wiosną 2016 roku książki  Z naukowcami o nauce. W publikacji tej swe doświadczenia i opinie przedstawia prawie czterdziestu naukowców z UJ.

Prof. Świątkowska: "Jest taki słynny przykład – ktoś mówi: >>chodźmy się przejść<<, a ja odpowiadam: >>jest piękna pogoda, ale boli mnie głowa<<, co oznacza, że się nie zgadzam. Ale przecież mogę na to samo pytanie odpowiedzieć: >>Boli mnie głowa, ale jest piękna pogoda<<, co oznacza, że pójdę. Pytanie zatem brzmi: gdzie są te ukryte sensy, które my wymieniamy i rozumiemy w sporej mierze w sposób intuicyjny? I dlaczego tak często dochodzi do nieporozumień? Interesuje mnie język w użyciu."

W poszukiwaniu moich sensów

Wysłuchała i opracowała Katarzyna Kleczkowska

Prof. Marcela Świątkowska: Idąc na romanistykę, nie myślałam o karierze naukowej. Jak wielu, liczyłam na solidną naukę języka, która zapewni mi zawód tłumacza lub dziennikarza. Bardzo szybko jednak okazało się, że filologia to znacznie więcej niż szkoła języków obcych. Filologia to miłość do słowa, ale to są studia uniwersyteckie, a język jest jednym z instrumentów, który pozwala na zdobywanie wiedzy i otwieranie głowy.

Prof. Świątkowska w trakcie obchodów
jubileuszu 65. urodzin.

 

 

Dlaczego zajęłam się pragmatyką? Z ciekawości, jak to się dzieje, że rozumiemy to, co wcale nie zostało powiedziane. Jest taki słynny przykład – ktoś mówi: „chodźmy się przejść", a ja odpowiadam: „jest piękna pogoda, ale boli mnie głowa", co oznacza, że się nie zgadzam. Ale przecież mogę na to samo pytanie odpowiedzieć: „Boli mnie głowa, ale jest piękna pogoda", co oznacza, że pójdę. Pytanie zatem brzmi: gdzie są te ukryte sensy, które my wymieniamy i rozumiemy w sporej mierze w sposób intuicyjny? I dlaczego tak często dochodzi do nieporozumień? Interesuje mnie język w użyciu. Prowadzę teraz zajęcia o agresywności werbalnej – czyli czy słowo może zabić? A także o grzeczności – czy grzeczność może być zakamuflowaną agresywnością?

Muzyka, język i matematyka

Od dziecka byłam uparta. W podstawówce umyśliłam sobie, że zostanę pianistką i dostanę się do Liceum Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Krakowie. Liceum to odegrało w moim życiu bardzo ważną rolę. Najważniejsza była muzyka, ale istotne były także przedmioty, których tam uczono: formy muzyczne – zmuszały do ścisłego analizowania oraz wymagały bardzo wiele dyscypliny i sporego nakładu pracy; łacina, która porządkowała pewien sposób patrzenia na język, uczyła rozkładać zdania na czynniki pierwsze; matematyka. Muzyka, język i matematyka – to jest triada, która się ze sobą łączy.

 

Okres liceum wspominam jako czas bardzo bogaty intelektualnie. Postanowiłam wówczas, że przeczytam wszystkich przetłumaczonych na polski laureatów Nobla – i tym sposobem w ciągu pięciu lat połknęłam sporą dawkę światowej literatury. Nigdy więcej nie przeczytałam tak dużo.

Postanowiłam, że przeczytam wszystkich laureatów Nobla – i tym sposobem w ciągu pięciu lat połknęłam sporą dawkę światowej literatury. Nigdy więcej nie przeczytałam tak dużo.

Pod koniec czwartej klasy doszłam do wniosku, że jeśli myśli się o karierze pianistycznej, to musi to być kariera wielka, a to, oprócz talentu, wymaga ogromnych możliwości – zarówno fizycznych (w tym odporności na stres), jak i finansowych. Kiedy kilkanaście lat życia poświęca się muzyce, decyzja o rezygnacji jest niezwykle trudna. Ale pewien rodzaj wrażliwości – patrzenie na świat z perspektywy muzyki – pozostaje w człowieku na zawsze. Liceum Muzyczne to był okres pierwszych trudnych wyborów i poszukiwania nowych wyzwań.

W ostatnim roku przed maturą mój wybór padł na francuski. We wrześniu zaczęłam naukę języka francuskiego od zera. Podchodząc do egzaminu wstępnego na romanistykę, zdałam sobie sprawę z tego, że nie miałam pojęcia, jak to będzie naprawdę wyglądać. To był jeszcze okres, kiedy na moim roku było bardzo wiele osób z rodzin repatrianckich. Inne przyszły z liceów o bardzo wysokim poziomie nauczania francuskiego. I ja, po roku nauki języka, mam z nimi konkurować?! Na szczęście najpierw był egzamin pisemny, a jego głównym punktem było wypracowanie o kulturze francuskiej. A ja miałam przecież za sobą lekturę ważnych dzieł z literatury francuskiej, świetne lekcje z historii Francji, znałam nieźle historię muzyki francuskiej, wiedziałam też sporo o malarstwie i architekturze. I dzięki temu się dostałam. Zatem ów okres liceum – z jednej strony otwarcie na bardzo wiele dyscyplin, a z drugiej dyscyplina w organizowaniu sobie czasu – rzutował potem na całą moją karierę.

Kariera na wykrzyknikach

Jako temat pracy magisterskiej wybrałam zagadnienie, które jest dzisiaj aktualne i które w jakiejś mierze utorowało mi drogę w nauce właśnie w stronę pragmatyki. Postanowiłam zbadać formy grzecznościowe w języku starofrancuskim na podstawie korpusu tekstów dostępnych w Krakowie. To była benedyktyńska praca – opisać na fiszkach wszystkie możliwe przykłady i je poklasyfikować. Moje obserwacje prowadziły daleko poza obszar samego języka, bo wchodziły w relacje międzyludzkie i w rozwój społeczny – na przykład inaczej mówiła do siebie klasa rycerzy, a inaczej rodzący się w XIII wieku stan trzeci (czyli ogół ludności nienależącej do duchowieństwa ani szlachty). Poszukiwanie w tych wszystkich materiałach bardzo mnie zaintrygowało i właściwie zdecydowało o tym, że postanowiłam starać się o miejsce na uczelni, chociaż nie było to łatwe.

Zawsze miałam jednak skłonność do językoznawstwa ogólnego, teoretycznego. Rozmyślając nad tematem doktoratu, ambitnie szukałam czegoś, co nie było jeszcze zbytnio opisane. Zdałam sobie sprawę z tego, że warto byłoby zająć się czymś związanym z werbalizacją emocji. Stąd moje zainteresowanie wykrzyknikami. Dziś to bardzo nośny temat, ale w latach 70. małe kłopotliwe „wyrazki" zwane wykrzyknikami lub (bardziej uczenie) interjekcjami były na marginesie zainteresowań językoznawców. Zaczęłam poszukiwania od Adama i Ewy: skąd się wzięła ta część mowy, czy to w ogóle przynależy do języka i tak dalej. Kiedy broniłam pracę doktorską w 1977 roku, byłam właściwie jednym z pionierów rozważań na ten temat. O tym mówił prof. Władysław Miodunka, kiedy przemawiając na moim jubileuszu, zaśmiał się: „Jak to dzisiaj można zrobić karierę na wykrzyknikach!".

Siła grupy i autorytetu

Uroczyste rozdanie nagród w trakcie polskiej edycji konkursu Goncourtów (2014). Jak mówi prof. Świątkowska: "To moje romanistyczne dziecko. (...) Jestem dumna z tego pomysłu. Już prawie 20 lat to trwa."

Stoją od lewej prof. Świątkowska, Vera Michalski - właścicielka m.in. Wydawnictwa Literackiego oraz M. Thierry Guichoux - konsul Francji w Krakowie.

 

W latach 70. Polska była dość modna wśród francuskich badaczy i sporo filologów przyjeżdżało do nas na wykłady. Każdy młody asystent służył takiemu wykładowcy za przewodnika, co ja żartobliwie nazywałam „obowiązkami gejszy". W ten sposób zyskiwaliśmy jednak znakomite kontakty, które potem owocowały, gdy sami jechaliśmy do Francji, bo zawsze można było przyjść na wykład lub seminarium danego profesora.

Wyjeżdżaliśmy nie tylko po to, żeby zdobyć materiały i podszlifować język, ale także po to, żeby się czegoś nauczyć. Ta potrzeba wynikała po prostu z ciekawości – chcieliśmy wiedzieć, jak to się tam robi i jakie można z tego wynieść korzyści dla swoich własnych badań. Mieliśmy świadomość, że kariera naukowa „neofilologa" jest poszukiwaniem dla siebie miejsca zarówno w nauce polskiej, jak i w kraju, którego językiem się zajmujemy. Dzisiaj, młodzi adepci już tego nie rozumieją, ponieważ mają do dyspozycji Internet.

W czasie pierwszego pobytu na stypendium rządu francuskiego postanowiłam dostać się nie na Sorbonę, ale do École des Hautes Études en Sciences Sociales. To jest nieco inna organizacja, ale grupująca naprawdę znakomitości. Przyjęto mnie do grupy Oswalda Ducrota, twórcy francuskiej szkoły wypowiedzi, na którego seminariach były dziesiątki osób z całego świata. Później zawsze trafiałam do tej grupy. W 1981 roku ekipa Ducrota pracowała nad wykrzyknikami. Miałam szczęście, bo mogłam aktywnie uczestniczyć nie tylko w seminariach. Po seminarium dyskusja przenosiła się do restauracji – ja potem przez dwa dni lekko pościłam ze względu na wysokość stypendium, ale postanowiłam w tym uczestniczyć, bo to nie były towarzyskie spotkania – to była znakomita szkoła naukowej dyskusji, retoryki, argumentacji. To był przykład pracy pasjonatów zebranych wokół mistrz, pokaz pracy w ekipie.

Myślę (…), że jeżeli ktoś się zajmuje nauką, to z wiekiem staje się coraz bardziej skromny – pokorny wobec swojej niewiedzy.

W Krakowie na początku lat 70. powstała nieformalna grupa skupiona wokół prof. Jerzego Kuryłowicza, znakomitej postaci, jednej z wielkich osobowości XX-wiecznego językoznawstwa. My, wtedy młodzi asystenci, chodziliśmy do prof. Kuryłowicza ze świadomością, że mamy kontakt z kimś, kto o językach wie wszystko. Zresztą praca w zespole to jest coś, czego mi zawsze w Polsce brakowało. U nas była tradycja pracy indywidualnej. Każdy z nas pracuje w zupełnie innej tematyce i metodologii, znalezienie wspólnego języka nie jest proste. W polskiej romanistyce były właściwie tylko dwie szkoły pracy grupowej: prof. Haliny Lewickiej na UW i prof. Stanisława Karolaka na UŚ i w Akademii Pedagogicznej w Krakowie. W spotkaniach prof. Karolaka sama często uczestniczyłam. Obserwowałam z wielkim szacunkiem jego stosunek do młodych ludzi. Każdy z nich mógł mieć nieprzemyślane wystąpienia, ale zawsze czuł się partnerem w rozmowie. Myślę, że jest to bardzo ważne dla kształtowania kultury akademickiej.

Pokora wobec wiedzy

Po doktoracie zainteresowałam się problematyką czasu i aspektu. Punktem wyjścia było spostrzeżenie, że my Polacy, mówiąc po francusku, nadużywamy imperfectum. Taki był temat mojej habilitacji i znów miałam szczęście wpisać się w rozpoczynającą się modę na temporalność. W swojej pracy traktującej o francuskim systemie czasów przekazywałam stosunkowo mało znany na Zachodzie slawistyczny punkt widzenia – dlatego spotkała się ona ze sporym zainteresowaniem. Znalazła się nawet w bibliografii znanej gramatyki M. Wilmeta Grammaire critique du français. Bardzo mnie to ucieszyło, bo wiem, jak trudno przebić się ze swoimi pomysłami, nie będąc frankofonem. Takie małe radości są dane neofilologom, którzy czują się trochę niedoceniani na własnym gruncie i obcy w kraju, którego językiem i kulturą się zajmują.

Prof. Świątkowska i "jej Paryż"

 

Myślę jednak, że jeżeli ktoś zajmuje się nauką, to z wiekiem staje się coraz bardziej skromny – pokorny wobec swojej niewiedzy, wobec nierozwiązanych problemów teoretycznych i olbrzymiej literatury przedmiotu. Nie sposób bowiem czytać wszystko, co się ukazuje. Pod naciskiem obecnie obowiązujących wymogów każdy stara się publikować jak najwięcej, w punktowanych czasopismach, ale kiedy się patrzy na wielkie nazwiska historyczne z językoznawstwa, warto zdać sobie sprawę, że to nie byli ludzie, którzy pisali na tony. Oni zostawili po sobie dwa, trzy zbiory artykułów, które są kamieniami milowymi w tej dyscyplinie…

Z natury jestem optymistką, więc myślę, że skoro uniwersytety przetrwały tyle setek lat, to będą trwać nadal. Ale nazwa zobowiązuje. Uniwersytet to jest otwarcie na świat. To nie może być instytucja, która wypuszcza specjalistów od bardzo wąskich dyscyplin, bo nie to jest jej fundamentem. Często tłumaczę studentom – uniwersytet daje wędkę, pokazuje, gdzie trzeba szukać wiedzy, jak z niej korzystać i jak samemu się dokształcać. Poza tym mnie się marzy jednak uniwersytet mniejszy. Uczelnia dla ludzi, którzy rzeczywiście chcą studiować. Myślę, że uniwersytet, żeby mógł w jakiejś mierze pełnić taką rolę, jaką miał kiedyś, musi stać się bardziej elitarny.

 

-----------------------------------------------------------------------------

Prof. Marcela Świątkowska – romanistka, kierownik Katedry do Badań nad Przekładem oraz Komunikacją Międzykulturową. W latach 1991–2002 kierowała Instytutem Filologii Romańskiej UJ, a w latach 2005–2012 pełniła funkcję dziekana Wydziału Filologicznego UJ. Dwukrotnie odznaczona francuskim Orderem Palm Akademickich – Kawalera i Oficera, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi.

„Mam szczęście i możliwość pracy, która daje satysfakcję. Choć nie jest wolna od stresu i momentów zwątpienia, pozwala patrzeć na świat optymistycznie i z uśmiechem – a to jest, zdaniem wielu, mój znak firmowy!" – stwierdza prof. Świątkowska.

Data opublikowania 04/07/2016

Wywiad z prof. Marcelą Świątkowską

www.nauka.uj.edu.pl

 

Data opublikowania: 05.07.2016
Osoba publikująca: Barbara Nowak