Artur Gromczakiewicz (27 XI 1955 - 12 VI 2007)

Termin: 27.11.2017

Co się dzieje z naszą klasą…

Pamięci Artura w X rocznicę Jego odejścia

Pojawiłeś się u nas pewnego jesiennego dnia 1972 roku, wczesnym popołudniem - wylądowałeś wtedy w naszej klasie po jakichś „przejściach” w poprzednich liceach, nawet nie dociekaliśmy jakich. Ale pewnie były skutkiem niezgodności Twojego „esprit rebel” z rygorami szkoły w PRLu lat 70.

Komitywę zawarliśmy już na dużej przerwie, kiedy to udaliśmy się wspólnie w kilka osób na „papieroska”. Zaraz potem okazało się, że mieliśmy wiele wspólnych zainteresowań, no i tak to zaczęły się wspólne rozmowy i wypady na miasto. W Rio na Jana wypijaliśmy po „liliputku”, czyli po małej kawie podzielonej na dwie filiżanki, co było możliwe dzięki cudownej wyrozumiałości słynnej Pani Kazi z Rio, która litując się nad naszym skromnym budżetem nalewała zawsze nieco więcej  kawy, niżby to wynikało z prostego rachunku - mała kawa = 5 złotych czyli dwa liliputki po 2,50…

Łączyły nas więc różne nałogi, spośród których czytanie książek było jednym z ważniejszych.

Były to czasy popularności literatury iberoamerykańskiej, stąd pewnie u Ciebie te późniejsze iberyjskie ciągoty. Ulubionym naszym sportem było polowanie na książki, oczywiście iberoamerykańskie, ale nie tylko – wszystkie jakie się wówczas czytało. Po lekcjach, a czasem podczas nich, czyli zwyczajnie na wagarach, uganialiśmy się po księgarniach w poszukiwaniu poszczególnych pozycji. Kiedy udawał się coś znaleźć powstawał problem za co to kupić?! Staraliśmy się nie obciążać i tak lichych budżetów naszych Rodziców, pozostawał więc własny pomyślunek … . Kiedyś moja Babcia zaangażowała nas do skopania ogródka, co nam zajęło cały dzień. Dostaliśmy 150 złotych na dwóch, ja wtedy kupiłem Gospodę pod Królową Gęsią Nóżką Anatole’a France.

Kiedy było całkiem źle z funduszami, a właśnie w Pegazie pojawiła się jakaś ciekawa książka – biegliśmy do antykwariatu Krzyżanowskich przy placu Szczepańskim, gdzie zaprzyjaźniony księgarz-antykwariusz pożyczał nam pieniędzy na piękne oczy.

W owym czasie w Krakowie działali wielcy reżyserzy teatralni, biegaliśmy więc do Starego i do Kameralnego oglądać przedstawienia Swinarskiego, Jarockiego czy Wajdy. Znane aktorki i aktorzy byli zapraszani przez nas, uczniów, na spotkania w szkole - mieliśmy więc na żywo do czynienia z Anną Polony, Danutą Maksymowicz, Janem Nowickim czy Markiem Walczewskim, pamiętam też spotkanie z Jerzym Jarockim.

Była nas całkiem spora grupka takich dziwaków, co to nie chadzali na dyskoteki tylko do teatru, a jak urządzali prywatki to przy czerwonym winie (słynne algierskie Gellala i Fatima); na prywatki  nosiło się gramofon Mister Hit żeby słuchać z płyt winylowych 1 koncertu fortepianowego b-moll Czajkowskiego, sonat Beethovena, czasem Requiem Mozarta czy wreszcie ballad Wertyńskiego. Odstawaliśmy mocno od pozostałych kolegów i koleżanek, ale myślę, że mimo różnic w zainteresowaniach lubiliśmy się wszyscy i szanowali nawzajem.

Ballady Wertyńskiego śpiewaliśmy regularnie we dwóch, półgłosem, po rosyjsku, podczas lekcji matematyki, co doprowadzało do rozpaczy naszą nauczycielkę. W naszej programowej młodzieńczo aroganckiej i snobistycznej „literackości” i „antymatematyczności” twierdziliśmy, że tylko romanse śpiewane po rosyjsku pozwolą nam zachować zdrowie psychiczne na matematyce. Skutkiem tego w trzeciej klasie obaj na koniec roku mieliśmy poprawkę z matmy. Najlepsza matematyczka w klasie, Grażyna Kwiatek, z wielkim poświęceniem i samozaparciem przez całe wakacje przerabiała z Tobą wszystkie (tak! wszystkie!) zadania z podręcznika, których rozwiązań nauczyłeś się ponoć na pamięć (!). Poprawki zdaliśmy obaj, chyba nawet na piątkę.

Zaczytywaliśmy się też w Dostojewskim, Puszkinie i Lermontowie, co bynajmniej nie znajdowało odbicia w naszych notach z rosyjskiego, który to przedmiot, jako narzucony siłą, staraliśmy się w miarę możliwości bojkotować, usiłując uzyskać jakąś minimalną trójczynę, nie więcej, na świadectwie.

(Inspirujące były lekcje polskiego prowadzone przez wspaniałą nauczycielkę Muzię Sierotwińską. Na klasówkach z polskiego musieliśmy z Arturem siedzieć obok siebie gdyż inaczej odruchowo wybieraliśmy ten sam temat i omawialiśmy go w bardzo podobny sposób. Punktem honoru bowiem było dla nas odpisywanie od kolegów na klasówkach z przedmiotów ścisłych, ale nieodpisywanie na polskim.)

Mało kto z Twoich późniejszych kolegów i znajomych wie o tym, że byłeś swego czasu mocno usportowiony i na półwyścigowym rowerze Favorit w ciągu jednego dnia przejeżdżałeś z Krakowa do Zakopanego i z powrotem. Miałeś także niezłe umiejętności majsterkowiczowskie - pewnego dnia zjawiłeś się w szkole mając na nadgarstku, na pasku, budzik marki Slava, przerobiony przez Ciebie na zegarek naręczny.

Podczas spotkań, tzw. „prywatek”, pogrywałeś czasem na gitarze klasycznej, śpiewając różne piosenki, z których do dziś utkwiła mi kołysanka po rosyjsku „Spij moj malczik miłyj …”

Razem zostaliśmy w czasach licealnych zawieszeni w prawach ucznia, za palenie papierosów w toalecie szkolnej, tych nieszczęsnych papierosów, które przyczyniły się w końcu do Twojego odejścia… .

Były też wspólne eskapady na miasto i za miasto, i, czynione z dreszczykiem emocji i młodzieńczym buntem na twarzy, rozmaite wspólne mniej lub bardziej zakazane czynności.

Były pierwsze urzeczenia, pierwsze uczucia i chwile upływające w cieniu zakwitających dziewcząt… .

Potem razem zdawaliśmy i zdali na romanistykę, ale Ty w krótkim czasie przeniosłeś się na nowootwartą iberystykę. Spotykaliśmy się jednak często na korytarzu, wypijali jakąś kawę w „Słowiankach” często  w towarzystwie André Vigne’a, z którym uprawiałeś kawowo-kawiarniane konwersacje po francusku.

Choć nasze drogi zawodowe nieco się przez pewien czas rozeszły, zeszliśmy się potem znowu. W tym czasie bowiem w Pewexie pojawiły się pierwsze komputery: ZX Spectrum i Commodore. Popadłeś wtedy w nieuleczalne zauroczenie informatyką. Żeby oszczędzić nie kupiłeś oryginalnego monitora Commodore, tylko zdobywszy gdzieś cudem 14 calowy kineskop do sowieckiego telewizorka bodaj Junost’ 12, przerobiłeś go na monitor komputerowy. A że nie miał obudowy, to zrobiłeś ją z żółtego plastikowego wiaderka na śmieci. Potem nadeszła epoka IBM PC i Internetu. Dzięki pomocy Jacka udało nam się uzyskać od Instytutu maleńką salkę na zapleczu czytelni w sali 204, salki zwanej przez Ciebie „kańciapą”, w której spędzaliśmy (a zwłaszcza Ty) długie godziny przekopując się przez niezmierzone, jak się już wówczas zdawało, możliwości sieci ogólnoświatowej. Pamiętam jak pokazałeś mi pierwszy serwer internetowy pozwalający na wysyłanie smsów na telefon komórkowy. Urzekało nas, że parę słów, które się napisało, biegło do serwera znajdującego się w Zairze, by po paru sekundach wyświetlić się na ekranach naszych polskich telefonów. Pamiętam też jak wstawałeś bladym świtem, żeby dzięki antenie satelitarnej nagrywać na video rozmaite materiały do nauki hiszpańskiego, w tym zwłaszcza lekcje, których główną postacią był niejaki Victor. Jako pierwszy chyba w Instytucie, a może i na całym Wydziale wprowadzałeś e-learning i wszelki nowoczesne techniki dydaktyki języków obcych. Przyczyniłeś się też walnie do stworzenia pierwszej strony internetowej naszego Instytutu.

W ten radosny okres eksplorowania niezwykłych możliwości informatyki globalnej wkradła się Twoja pierwsza choroba. Woziłem Cię czasem na kontrole do kliniki przy Botanicznej, co było dla mnie szczególnie dramatyczne, bo niewiele wcześniej mój śp. Brat spędził w tej klinice wiele miesięcy.

Potem, w sumie niewiele później, wylądowałeś w Barcelonie, gdzie przy okazji pierwszych badań lekarskich na Uniwersytecie odkryto u Ciebie tę straszną chorobą. Do dziś pamiętam mail, który dostałem od Ciebie „Stary, odkryli mi raka płuc, będę operowany pojutrze”. Wstrząśnięty zgasiłem wtedy palonego papierosa, mówiąc, że to będzie ostatni. Nie był, ale po pewnym czasie udało mi się odzwyczaić. Ty właściwie do końca byłeś uzależniony, pamiętam jak mówiłeś „Przepraszam, muszę zapalić” i łykałeś tabletkę pomagająca ponoć się odzwyczaić.

Wydobrzałeś potem na parę lat. Kiedyś spotkaliśmy się pod Lyonem, u naszego licealnego kumpla Marka. Wracałeś wtedy do domu z Barcelony, ja z rodziną z wakacji gdzieś na południowym zachodzie Francji, no a Marek mieszkał wówczas w Septème. Umówiliśmy się na spotkanie i to było chyba pierwsze i ostatnie po latach takie spotkanie „trzech muszkieterów”, takie jak za dawnych czasów… Siedzieliśmy długo w noc, żona Marka i moja poszły już dawno spać, a my nadrabialiśmy lata niewidzenia i uprawiali długie nocne Polaków rozmowy pod francuskim niebem…

Artur, nawet po 10 latach nie potrafię powiedzieć Ci „Żegnaj”

Po prostu mówię Ci „Do widzenia!”

Marcin Eckstein

Data opublikowania: 27.11.2017
Osoba publikująca: Łukasz Bieńkowski